23. Rozsądkiem nie ukoję płaczącego serca.

Ci którzy przygotowali się na wpis o Polskiej nocy kabaretowej, nie muszą się oto martwić w dalszej części wpisu relacja z tego wydarzenia się pojawi. Chciałam najpierw zrobić małe wprowadzenie.
Tydzień przed polską nocą kabaretową...
Wstałam dziś z łóżka lewą nogą, co ostatnio zdarza mi się nagminnie. Na szczęście w ciągu dnia humor na tyle mi się poprawił, że pozwoliłam sobie poczynić kilka planów  na późne popołudnie i wieczór. Nie zdążyłam na dobre zadomowić się w domu (nie bez przyczyny używam tego słowa, ponieważ czuję się w domu bardziej jak gość niż mieszkaniec), a tata poprosił mnie bym mu pomogła (nie będę wchodziła w szczegóły więcej na ten temat znajdziecie w wpisie 9). Jako, że jestem osobą, która nie potrafi odmawiać zgodziłam się. W takich chwilach nienawidzę siebie, mojej rodziny, ludzi, którzy mijając mnie okazują pogardę, politowanie i to cholerne współczucie. Kilka razy stać mnie było na to by iść z podniesioną głową i patrzeć tym wszystkim ludziom w oczy, lecz częściej zwłaszcza zimą ubierałam się w taki sposób by było mi widać tylko oczy. Skoro  nic złego nie robię skąd we mnie tyle poczucia wstydu? Jedyne na co mnie w tej chwili stać to płacz. Płaczę bo nienawidzę siebie tak bardzo, że chciałabym umrzeć. Płaczę bo boję się, że kiedyś zabraknie mi sił i pójdę na łatwiznę. Płaczę bo zdaję sobie sprawę, że nie ma słów ani osoby, która ukoiłaby by mój żal, smutek. Być może takie dni są mi w życiu potrzebne bym nie zapomniała, że nie dla psa kiełbasa.

Dokładnie na tydzień przed PNK poziom mojej wiary dramatycznie spadł. Dlaczego tak jest, że w sekundę można stracić poczucie wartości, a żeby je na nowo zyskać potrzeba dwa razy więcej czasu? Nie miałam ochoty jechać do Opola, nie potrafiłam znaleźć w sobie radości i bałam się, że ten wyjazd okaże się klapą. Niepotrzebnie w to zwątpiłam. Będąc już w amfiteatrze poczułam tą atmosferę kabaretową, przypomniało mi się co działo się tam mniej więcej rok temu ( 12 czerwca minął rok od mojego spotkania z PNN ). Uważam, że z każdym rokiem poziom Polskiej Nocy Kabaretowej wzrasta. Prowadzenie całej imprezy przez kabaret Nowaki uważam za udane, chociaż dla mnie Kabaret Skeczów Męczących w tamtym roku zrobił to lepiej. Po przywitaniu się kabaretu Nowaki z publicznością na pierwszy ogień poszedł kabaret K2. Zostałam pozytywnie zaskoczona, znałam tylko pojedyncze ich skecze, w wolnej chwili muszę nadrobić zaległości, bo prezentują całkiem dobry poziom. Po nich na scenie pojawił się jeden z moich ulubionych kabaretów KSM. Pampasowiec, Puerto Rico i słynne: słucham? jeszcze raz? załatwiło sprawę. Premierowy skecz o Potopie też był fajny ale Złoty pociąg po prostu wymiata!!! I love you Jarek. On po prostu rozkłada mnie na łopatki. Po 15 minutowej przerwie na scenie pojawił się Kabaret Moralnego Niepokoju. Najbardziej podobał mi się skecz o urzędzie - Robert Górski przyszedł do urzędu aby wyciąć drzewa, urzędnik nie bardzo chciał mu to ułatwić. Sama pracuję w urzędzie i widząc ten skecz nie potrafiłam przestać się śmiać. Im bliżej było 23 tym bardziej ja przebierałam nogami, bo czekałam na kabaret Paranienormalni - bardzo się za nimi stęskniłam. Nie ma dla mnie znaczenia fakt, że skecze które zaprezentowali już znałam - skecz o bieganiu zawsze będzie mnie przyprawiał o ból brzucha. Podczas tego skeczu a szczególnie w momencie, kiedy Robert robił szpagat zrodziła się w mojej głowie myśl, że czas wziąć się za siebie. Nie chodzi oto by ,,schuść'', po prostu poprawa kondycji dobrze mi zrobi. Muszę się wam przyznać, że gdy na scenie pojawiła się Mariolka, opuściłam amfiteatr, chciałam zająć dobre miejsce by złapać po występie chłopaków, aby wręczyć im prezenty urodzinowe. Im dłużej czekałam na chłopaków, tym bardziej nachodziła mnie ochota by stamtąd pójść, bo znowu emocje brały górę. Na szczęście zawsze obok siebie mam kogoś kto zawsze ustawi mnie do pionu. Tym razem była to moja koleżanka. W momencie kiedy jedną nogą byłam już przy tym by iść, zobaczyłam Roberta i jak nigdy ruszyłam z kopyta, by zrealizować to co sobie założyłam. Oczywiście jak to zwykle bywa w sekundę zapomniałam co chciałam powiedzieć. Podchodząc do Roberta, wyciągając jednocześnie prezent zapytałam czy mogę zająć chwilę, on oczywiście się zgodził, zapytał w czym może mi pomóc. Na szczęście jakoś udało mi się wyciągnąć prezent, dając go Robertowi usłyszałam, że jest bardzo wzruszony. Przygotowałam się do przytulasa (to taki mój mały rytuał, po każdym występie staram się przytulić do kabareciarzy), a dostałam buziaka w policzek. Tak mnie to ogłupiło, że nie pamiętam co powiedziałam do Michała, on chyba mi podziękował za prezent, ale na 100% nie jestem pewna. Możecie teraz pomyśleć, co ze mnie za wariatka, która jara się zwykłym pocałunkiem. To nie tak, po prostu rzadko ktokolwiek okazuje mi w taki sposób sympatię. Do tej pory całusy w policzek dostawałam w dniu urodzin od rodziny. W porę zdążyłam się pozbierać kiedy to Robert zapytał o moją datę urodzin (zaskoczyło mnie pytanie i o mało co zamiast 7 lipca nie powiedziałabym 7 września) i oznajmił, że muszą mi się jakoś zrewanżować za to, że o nich pamiętałam. Jestem oto na niego trochę zła, bo niepotrzebnie zrobił mi nadzieję. W porę jednak obróciłam to w żart, przypomniałam, że niedawno obchodziłam imieniny razem z Kryspinem i imprezy jakoś nie było więc najpierw to trzeba nadrobić. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, dzięki czemu choć przez chwilę poczułam się tak swobodnie jakbym była w grupie znajomych, którą znam od dawna. Jeszcze przed pożegnaniem się z chłopakami zapytałam Igora o ołówki perkusyjne. Jak dowiedziałam się, że jego dzieci się nimi zaopiekowały zrobiło mi się ciepło na sercu. Nie chciałam im już więcej przeszkadzać, więc szybko się z nimi pożegnałam. Sama nie wiem czemu mam takie poczucie, że im przeszkadzam, przecież oni nigdy mi tego w żaden sposób nie okazali.
Cieszę się, że mogłam znowu zobaczyć chłopaków. Znowu za ich sprawą dostałam pozytywny zastrzyk energii. A prawie bym zapomniała jak już wspominałam wcześniej Igor w marcu dostał ode mnie ołówki perkusyjne, Robert dostał otwieracz do butelek w kształcie piłki tenisowej która przy otwieraniu wydaje odgłos odbijanej piłki na korcie a Michał torbę na scenariusz. 
A i jeszcze jedno, przeważnie to ja zazdrościłam innym historii pozakulisowych z kabaretami, a teraz mam wrażenie, że pierwszy raz mi można zazdrościć. 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

143. #Idealneżycie Minka Kent - 1/2019

116. Myślałam, że to pasja ale jednak nie.

121. Lipcowe podsumowanie książkowe