73. ,,Zabójcy'' - ocena filmu.

źródło: filmweb.pl

Tytuł: ,,Zabójcy''
Reżyseria: Richard Donner
Gatunek: akcja
Premiera: 5 stycznia 1996 (Polska) 6 października 1995 (świat)
Czas trwania: 2h 7 minut


Jest okres posuchy i nagle wena nawiedza cię w najmniej oczekiwanym momencie - o 23:31. Uwielbiam ten moment, kiedy korzystając z latarni oświetlającej kawałek ulicy, na skrawku papieru znalezionego w ostatniej chwili, przy akompaniamencie nocnych głosów natury i  nadjeżdżającego pociągu, za pośrednictwem ołówka spisuje swoje pomysły. Kocham swoje nocne przemyślenia, ponieważ jestem wtedy sobą, nagą {metaforycznie, ponieważ na co dzień śpię w piżamie ;)} Iwonką, do której nikt nie ma dostępu, której nikt nie zna...

Tak z ręką na sercu, tęskniliście za moją obecnością na blogu? Przepełniał mnie strach, pustka i złość, ponieważ nie miałam pomysłu, na kolejny wpis. Wiadomo, że kiedy człowiek przywołuje złe myśli, to one w cudowny sposób przybierają na sile i jeszcze trudniej jest się zebrać. Ja niestety jestem mięczakiem - poddaję się dość łatwo, choć innych namawiam do tego, by walczyli. Mam w sobie duże pokłady waleczności, jednak nie potrafię ich używać w sposób racjonalny -  staram się cały czas nad sobą pracować. Pewnie wolicie, abym przeszła do recenzji, bo przynudzam - nie gniewam się, wręcz przeciwnie tez tak uważam, ale czasem nie potrafię przywołać siebie do porządku.  Także tego no, to zaczynam.

Robert Rath ( Sylvester Stallone ) jest płatnym zabójcą, który chce ,,przejść na emeryturę''. Dostaje on jednak do wykonania ostatnie zadanie  - odzyskanie dyskietki i zabicie Elektry, która jest jej posiadaczką. To samo zlecenie dostaje Miguel Bain ( Antonio Banderas ), który z przyjemnością wyeliminuje swojego przeciwnika. Jak zakończy się rywalizacja, dwóch wrogo nastawionych do siebie osób? Jedno jest pewne - tylko jeden z nich może przeżyć!

Ocena dla tego filmu:



Co składa się na taką ocenę:

1. Oczywiście mogłabym się powtarzać, że 10 otrzymują filmy, które mnie rozwalają i... to zrobię. W dupie mam ilość błędów na stronie filmweb, lub nieprzyjazne opinie - jeżeli jakiś film powoduje, że nie mogę przestać się nim zachwycać to najlepszą oceną jest i tak brak skali.

2. Obsada - i tu pojawia się maleńki zgrzyt. Film zdecydowałam się obejrzeć dla Banderasa, bo zachował się we mnie sentyment do jego postaci z filmu Desperado. W tym filmie niestety jego gra  mówiąc lekko mi nie odpowiadała. Jego mimika twarzy mnie bawiła, a gestykulacja denerwowała. Odwrotnie natomiast było z Sylvestrem. Ostatnio miałam okazję oglądać go w filmie Rocky Balboa no i niby nie miałam do jego gry zastrzeżeń, ale też nie wpadłam w jakiś stan uwielbienia. W tym filmie jednak nie potrafiłam oderwać wzroku od postaci jaką wykreował - wszystko mi w niej pasowało - wyraz twarzy, minimalizm ruchowy, aż miło było patrzeć na niego. Spoglądając na moje ostatnie poczynania, coś jest ze mną ewidentnie nie tak. Powtarzam to może po raz kolejny, ale zaczęłam się strasznie wkręcać w świat filmowy a zwłaszcza w aktorów. Co to oznacza - kiedyś tacy aktorzy jak Seagall, Cage czy Stallone nie istnieli dla mnie, a dziś kiedy tylko mam okazję, rzucam wszystko gdy wiem, że w tv będzie emitowany serial bądź film, w którym występują. Zresztą największego bzika mam obecnie na punkcie Nicholasa - film Bez twarzy zapoczątkował moją fascynację. Być może kiedyś zrobię osobny wpis nt. moich ulubionych aktorów. :D

3. Był taki moment, w którym cały mój sceptycyzm jaki władowałam w ten film uleciał za sprawą bajki opowiedzianej przez posiadaczkę dyskietki. Oto i ona: "Dawno, dawno temu był sobie wróbelek, który lecąc na Południe bardzo zmarzł i upadł na ziemię. Na szczęście narobiła na niego krowa. Ciepły krowi placek rozgrzał wróbelka, który zaczął ze szczęścia śpiewać. Głodny kot usłyszał śpiew, oczyścił wróbelka z gówna i pożarł go. MORAŁ z tej bajki jest taki że: Nie każdy kto na ciebie nasra jest twoim wrogiem. Nie każdy kto cię z gówna oczyści jest twoim przyjacielem. A jeśli jesteś szczęśliwy pod żadnym pozorem nie śpiewaj!!!"

4. Kolejnym plusem było niewątpliwie zakończenie. Nie ukrywam tego, że jestem strasznie wybredna i wymagająca. Wiadomo, że w filmie najważniejsze są pierwsze sceny, w celu wciągnięcia widza w przedstawioną historię, ale dla mnie tak samo ważne jest zakończenie. Prawdą jest, że do większości filmów podchodzę sceptycznie, jednak nie wybieram filmów przypadkowo - najczęściej kusi mnie obsada lub zwiastun, więc nawet słaby początek nie jest w stanie mnie zniechęcić do oglądania - wszystkie nadzieje pokładam w końcówce. Krąży takie powiedzenie, że prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna - mogę to spokojnie podpiąć pod film. Pewnie chcecie poznać moją opinię na temat zakończenia dzieła - no cóż element zaskoczenia się pojawił, jednak odczuwam lekki niedosyt - może zabrakło mi końcowego pocałunku. Naprawdę to napisałam? Orzeszku no to teraz mam zagwozdkę - czyżby zebrało mi się na amory. Rzadko sięgam po komedie romantyczne ( jeżeli już to polskie ), bo mam dość oglądania ckliwych historyjek. Bardziej sobie cenię akcent romantyzmu w filmie akcji.

Myślę, że to byłoby na tyle. Kieruję zatem pytanie do was - oglądaliście wyżej wymieniony film? Jeżeli tak, chętnie zapoznam się z waszymi opiniami. Jeżeli jednak nie natrafiliście na ten film, to czy moja ocena filmu zachęciła was do tego?

Komentarze

  1. Tego filmu nie widziałam, a przynajmniej sobie go nie przypominam. Ostatnio praktycznie wcale nie oglądam filmów,przerzuciłam się na seriale :)
    Co do wpisu o ulubionych aktorach, to jak najbardziej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od jakiegoś czasu nadrabiam zaległości filmowe, nie o wszystkich filmach jestem tutaj w stanie wspomnieć wybieram na razie te, które powodują, że nie mogę zasnąć w nocy :). Wpis o aktorach już się szykuje :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

143. #Idealneżycie Minka Kent - 1/2019

121. Lipcowe podsumowanie książkowe

117. Nie wie nikt, czyli przedurodzinowe rozmyślania.