79. Raz zobaczone już się nie odzobaczy, czyli opinia na temat filmu ,,Skóra w której żyję''.

źródło:filmweb.pl

Tytuł: ,,Skóra w której żyję''
Reżyser: Pedro Almodovar
Gatunek: thriller
Premiera: 16 września 2011 (Polska)
Czas trwania: 116 minut


Zacznę tak jak zwykle, od swoich przemyśleń. W każdy weekend staram się obejrzeć co najmniej jeden film ze swojej kolekcji dvd. Nie chwaląc się z miesiąca na miesiąc stale się ona powiększa. Film o którym będę pisać, przeleżał na półce jakiś czas, bo jakoś nieszczególnie mnie do niego ciągnęło. Kupiłam go co prawda ze względu na Banderasa, jednak nieoczekiwanie zmieniłam zdanie na temat tego aktora i film musiał trochę czasu spędzić na półce. Na szczęście nie pozwoliłam mu się zakolegować z kurzem, i w końcu zdecydowałam się na jego obejrzenie.

Robert Ledgard (w tej roli Antonio Banderas) jest znanym chirurgiem, który stracił, żonę i córkę. Żona Roberta uczestniczyła w wypadku samochodowym, z którego wyszła z poważnymi oparzeniami. Gdy zobaczyła swoje odbicie w oknie, wyskoczyła przez nie. Córka widząc to załamała się psychicznie. Po wyjściu ze szpitala, wzięła udział w przyjęciu weselnym, na którym, ktoś próbował ją zgwałcić. Nie radząc sobie z emocjami, również popełnia samobójstwo. Ledgard próbując sobie z tym poradzić, zaczął pracować nad stworzeniem syntetycznej skóry. W tym celu uwięził w swoim domu pewną kobietę. Kim ona jest? Co ją z nim łączy? Uwierzcie mi, kiedy odkryjecie sekret tych dwojga, możecie się znacząco zdziwić.

Spodziewam się, że w momencie ujrzenia mojej oceny za ten film, wpiszecie mnie na listę nudziarek. Nic nie poradzę na to, że biorę się najczęściej za filmy, które otrzymują ode mnie 10. Tym razem jest tak samo, chociaż gdybym mogła, dałabym tyle 10 ile znajduje się poniżej:



 Czas na uzasadnienie oceny:

1. Podeszłam do tego filmu dość sceptycznie, co nie jest żadną nowością. Ten sceptycyzm powodował, że nie miałam żadnych oczekiwań względem tego filmu. Raczej skłaniałam się ku myślom, że będzie co ma być, najwyżej zwolni się miejsce na półce. Powinnam się już przyzwyczaić do tego i w pewnym sensie pokochać, to moje złe nastawienie, bo ono zawsze niesie za sobą coś fajnego, szczególnie jeżeli chodzi o książkę czy film. Na szczęście po raz kolejny mój sceptycyzm został pokonany (podobnie jak Mały Głód z reklamy Danio), dzięki historii, którą zobaczyłam na ekranie. Wiem dobrze, że nie powinnam czytać recenzji przed obejrzeniem danego filmu, by przypadkiem nie natknąć się na spojlery i nie nasiąknąć opiniami innych osób, by mieć w miarę czysty obraz tego co będę oglądać, ale powinnam stanowczo poznać reżysera, obsadę, osobę, która odpowiada za muzykę. Myślę, że to mi bardzo pomoże w jakimś stopniu przygotować się na to co zobaczę na ekranie, bez poznania fabuły filmu. Dopiero po obejrzeniu dzieła Almodovara, dowiedziałam się, że należy on do reżyserów robiących filmy, które albo się kocha, albo się nienawidzi. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, być może bardziej przygotowałbym się na to co zobaczę na ekranie. Początek filmu wskazywał na to, że na ekranie zobaczę historię kobiety ocalałej z pożaru, której pomaga znany chirurg, co pewnie zakończy się jakimś mocnym uderzeniem, bo w końcu to thriller, a nie komedia, jednakże nie byłam przygotowana nie tyle na takie zakończenie, co fabułę.

2. Cóż mogę powiedzieć o obsadzie? Chyba nie za wiele, bo oprócz Banderasa nie znałam innych postaci. Jeżeli na bieżąco śledzicie mojego bloga to pewnie pamiętacie, że przy recenzji pewnego filmu nie wypowiadałam się o nim zbyt dobrze. Tym razem nie jest aż tak źle, bo dostał ode mnie 8, ale jednak do pełni szczęścia zabrakło mi odrobiny szaleństwa w mimice twarzy.

3. Pod tym punktem powinna się pojawić opinia na temat muzyki. Nie jestem wybitnej klasy muzykologiem, tak naprawdę nie znam się na muzyce, rzadko, kiedy zwracam na nią uwagę, bo wolę się skupić na napisach, lektorze, czy akcji. Przy okazji tego filmu mogę jedynie stwierdzić, że muzyka nie przeszkadzała mi w jego odbiorze, co już jest dużym plusem.

4. Ostrzegałam was, że film, który mną potrząśnie, który wejdzie we mnie tak głęboko, że będę miała ochotę tylko o nim mówić (a przeważnie moim ,,słuchaczem'' jest najpierw kartka papieru, a później wy czytelnicy) znajdzie swoje miejsce na blogu, bez względu na ocenę. Wiem, że jak na razie na tapecie są filmy z 10, ale na ten moment oglądam tyle rzeczy, że nie mam siły i czasu na recenzowanie filmów, które nie zrobiły na mnie aż tak dużego wrażenia. Ponadto, gdybym każdy film chciała zrecenzować, to nie miałabym żadnej przyjemności z oglądania. Wracając do głównego tematu wpisu - dzieło Almodovara zasługuje na skrajne oceny: 1 albo 10. Ten film a raczej to co zostało w nim pokazane jest chore, obrzydliwe, perwersyjne ale zarazem wciągające bez reszty.


Mieliście okazję zobaczyć ten film? Co o nim myślicie? Czy na was też wywarł tak duże wrażenie? Dajcie koniecznie znać. 

Komentarze

  1. To jeden z tych filmów, które boję się oglądać. Zamierzałam się już kilka razy, ale zawsze w ostatniej chwili rezygnuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam taki moment, że chciałam zrezygnować, ale film jest na tyle wciągający, że obejrzałam do końca i to co zobaczyłam, na długo zostanie w mej głowie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

143. #Idealneżycie Minka Kent - 1/2019

121. Lipcowe podsumowanie książkowe

117. Nie wie nikt, czyli przedurodzinowe rozmyślania.