101. Za mundurem panny sznurem czyli opinia na temat filmu ,,Ostatnia misja USS Indianapolis''.

źródło: filmweb.pl


Tytuł: ,,Ostatnia misja USS Indianapolis''
Reżyseria: Mario Van Peebles
Gatunek: wojenny
Premiera: 24 sierpnia 2016 (świat)
Czas trwania: 2 godziny 8 minut


Za każdym razem, po skończonym seansie, w którym udział bierze Nicolas towarzyszy mi obawa, która tak naprawdę nie powinna mieć miejsca. Bo czego tu się bać? Chyba jedynie tego, że nie powtórzę już tak dobrej decyzji jaka miała miejsce przy okazji filmu ,,Bez twarzy''. Jak mawiała Szymborska ,,Nic dwa razy się nie zdarza'', zatem trzeba spiąć tyłek i przelać myśli z papieru na ekran komputera, by po raz kolejny podzielić się z wami wrażeniami z obejrzenia filmu, którego tytuł widnieje u góry. 

Mam słabość do filmów opartych na faktach. Na starcie mają one u mnie o kilka oczek wyżej, bez względu na to jak będą zrealizowane. Dlaczego? Jestem prostym widzem i naprawdę niewiele mi trzeba by mnie zadowolić. Być może przez mój prosty odbiór wiele rzeczy mi umyka i moje opinie nie są pełnowartościowe, ale kieruję się zasadą, że nie myli się ten kto nic nie robi i być może kiedyś moje ,,recenzje'' będą bardziej przydatne.

Kapitan Charles McVay (Nicolas Cage) - dowódca statku USS Indianapolis otrzymuje tajną misję dostarczenia ładunku do bomby atomowej, która ma być zrzucona na Hiroszimę. W drodze powrotnej okręt zostaje zaatakowany przez japońską łódź podwodną. Około 900 ocalałych członków załogi dryfuje po oceanie czekając na ratunek.

Oceniam ten film na: 


Uzasadnienie oceny:

1. Zacznę jak zwykle od obsady. Nie znam wszystkich aktorów, ale może to i lepiej, bo dzięki temu mam wrażenie, że każdy otrzymał odpowiednią rolę:
Nicolas Cage rolę kapitana w moim odczuciu zagrał bardzo dobrze. Dostał jednak ode mnie 8, ponieważ na jego niekorzyść zadziałał kontrast postaciowy z Weroniką Rosati (czytałam, że niektórym duet pasował idealnie, bo spotkały się na planie dwa drewna). Tego typu komentarze już nie robią na mnie wrażenia, bo ja wiem swoje, co nie oznacza, że za każdym razem będę zachwalać jego grę.
Weronika Rosati - nie potrafię przekonać się do jej warsztatu aktorskiego, kiedy widzę ją na ekranie mam wrażenie, że gra jakby połknęła kij od szczotki. W tym filmie nie było, aż tak źle bo ... poświęcono jej tylko kilka minut, co sprawia, że nie za bardzo mogę się do czegoś przyczepić.
2. Najlepsze chwile w filmie pojawiały się wraz ze scenami cierpiących żołnierzy, ich relacji i wspomnień, dzięki czemu można było ich bliżej poznać, wczuć się w ich przeżycia.
3. Muzyka w filmie, nie była jakimś wybitnym arcydziełem, ale moim zdaniem dobrze współgrała z filmem.
4. Efekty specjalne - nie znam się na tym jakoś specjalnie, więc moja ocena nie została zaniżona z powodu jakości ich wykonania, o których poziomie uświadomiona zostałam przez moją siostrę. Ona dużo lepiej radzi sobie z ocenianiem filmów, dostrzega więcej niuansów, co powoduje, że rzadko kiedy jej nota wynosi 10. Cieszę się, że mam obok siebie kogoś, z kim mogę podyskutować na temat danego dzieła. Dyskusje niejednokrotnie dodawały mi energii do pisania recenzji.
5. Zabrakło mi w tym filmie momentu, który poruszyłby widza na tyle, by uronił kilka łez. Ja co prawda wzruszyłam się podczas ostatniej sceny, ale wynika to z miłości do aktora (to już chyba ten moment by użyć tego mocnego słowa), a przecież chodzi oto, by zaspokoić oczekiwania grupy ludzi, którzy są znawcami kina a nie pojedyncze osoby, takie jak ja, do których trafia prosty odbiór. 
6. Jest moment w filmie, praktycznie w końcówce, który zaważył na mojej ocenie. Otóż przez cały czas czekałam na pojawienie się Weroniki Rosati, co jest dość dziwne w moim wypadku, bo za nią nie przepadam. Ale wiadomo - obecność polskiej aktorki robi swoje. Mimo niechęci do niej, uważam, że powinni poświęcić jej odrobinę więcej czasu na ekranie, choćby ze względu na to, że rzadko możemy widzieć polskie aktorki w bardziej znaczącej roli niż pokojówka, prostytutka itp. Moja osobista niechęć to jedno, a polski akcent w filmie to drugie. Uważam, że duet Nicolas - Weronika był kiepski. Partnerowanie sobie nawzajem nie wyszło im. Nie twierdzę, że Weronika nie powinna w ogóle pojawić się w tym filmie - może powinna zagrać partnerkę innego członka załogi. Największy zarzut jaki mam to brak chemii między nimi. Na morzu kapitan twierdził, że kocha swoją żonę,  na lądzie ta miłość nie była już tak widoczna. Może tak miało być, nie wiem, nie znam zamierzeń reżysera, ale między słowami a czynami była duża przepaść, czego ja nie lubię na ekranie. Rozumiem - nie powinnam oczekiwać jakiś większych fanfar, sceny seksu, bo nie jest to film romantyczny, ale skoro ktoś decyduje się na pokazanie wątku pary, to spodziewam się zobaczenia na ekranie uczucia pomiędzy nimi.

Po zakończeniu seansu i przygotowywaniu się do recenzji na temat filmu,  trafiłam na wiele ciekawych opinii. Oczywiście fala krytyki spłynęła na Nicolasa (do tego już się przyzwyczaiłam), dostało się też Weronice Rosati oraz efektom specjalnych. Każdy oczywiście ma swój gust, a o gustach się nie dyskutuje, ale kiedy czytam, że ktoś wystawił ocenę 1 ze względu na to, że ,,Ostatnia misja USS Indianapolis'' to marna podróbka ,,Titanica'' ręce mi opadły. Co ma piernik do wiatraka? Skąd u ludzi tego typu porównania? Jestem świadoma, że te dwa filmy łączy katastrofa, ale na Boga - gdyby ocena filmu zależała od cech wspólnych łączących kilka filmów nie wyglądałoby to dobrze. Każdy film jest inny, spojrzenia reżyserów, scenarzystów się różnią, i wydaje mi się, że takie oceny i ich uzasadnienie krzywdzi dzieło.

A co wy myślicie o ocenianiu filmów? Jakie macie do tego podejście?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

229. Kłamca 2.8 Jakub Ćwiek 98/2019

248. Tatuażysta z Auschwitz Heather Morris 127/2019