110. Wołanie o pomoc - brak akceptacji.

Robiłam wszystko co w mojej mocy, postępowałam tak, by być dumna z siebie, jednak nie osiągnęłam zamierzonego celu. Kolejny raz, załamałam się. Naprawdę się starałam, ale nie potrafię już znieść tego, co dzieje się wokół mnie. Brakuje mi motywacji, chęci do pozytywnego działania...

Staram się dopingować innych, mówię im co mają robić, jak się zachowywać, jednak sama z tych rad nie korzystam. Wiadomo - szewc bez butów chodzi.

Zaczęłam uciekać od swoich problemów, skupiając się na sprawach innych ludzi. Kiedy jednak zechciałam wrócić, naładowana pozytywną energią, okazało się, że przybrały one (w sensie problemy) zbyt duże rozmiary, i uderzają we mnie, ze zdwojoną siłą. Dodatkowo do tych spraw, przed którymi uciekałam, dochodzą  nowe, i mając problem z orientacją (w terenie!), nie wiedząc od czego zacząć, staję na środku, poddając się bez walki, oczekując na zasypanie przez lawinę. Na zasadzie, a nóż się uda, w końcu się z niej nie wydostanę i ,,będę wolna''. Życie jednak chce inaczej. Doświadcza mnie na każdym kroku, pozbawiając mnie tchu, uszkadzając mnie, ale nie powodując mojej ,,śmierci''. Oczywiście patrząc z daleka, ktoś może stwierdzić, że moją jedyną rozrywką jest narzekanie. To nieprawda. Staram się z każdego dnia, bez względu na jego końcowy wynik, wyciągnąć coś dla siebie. Czasem na mojej twarzy znajduje się uśmiech, jednak nie jestem na tyle atrakcyjna, bo nie gości on u mnie zbyt często. ;)

Staram się dojść do tego, kiedy nastąpiło moje załamanie, i nie potrafię podać nawet przybliżonego terminu. Przed wszystkimi udaję, że jest ok, co powoduje, że sama w to wierzę. Kończy się to tym, że kiedy się załamuje, dziwnie się  z tym czuję, no bo przecież jeszcze wczoraj wszystko grało. Tylko, że to wczorajsze, przedwczorajsze ,,dobre samopoczucie'' to iluzja stworzona na potrzeby ogółu i chcąc lub nie, też w nią wierzę.
Może ten wpis jest kolejnym wołaniem o pomoc, ostrzeżeniem siebie przed tym, że coś zaczyna mi umykać. Tylko co to za wołanie, skoro ja nie dopuszczam nikogo do siebie. Wiem, że robię źle, bo w kupie (ludzi!) jest siła, ale ja mam dość tracenia energii, na tłumaczenie drugiej osobie, co ze mną jest nie tak. To przede wszystkim ludzie doprowadzają mnie do takiego a nie innego stanu, nie akceptując moich wyborów, tego jaka jestem, co robię, co mówię.
  • Twierdzicie, że mnie akceptujecie? Dlaczego w takim razie na siłę próbujecie mnie zmienić? Byłam osobą małomówną, o której mówiono, że potrafi słuchać jak nikt - dziś jestem osobą, która utraciła zdolność słuchu, na rzecz mówienia. Co z tego, że stałam się bardziej otwarta, więcej mówię, skoro to nie jestem ja. Tracę przez was swoją tożsamość, ponieważ nie potraficie cierpliwie poczekać na to, aż sama dojdę do pewnych rzeczy.
  • Twierdzicie, że mnie rozumiecie? Dlaczego w takim razie kiedy odmawiam wyjścia do knajpy, na spacer czy choćby na krótką kawę na mieście, na rzecz obejrzenia serialu czy filmu w tv, lub przeczytania książki, śmiejecie mi się w twarz mówiąc, że jestem głupia, i nie potrafię ustawić sobie priorytetów. A może to wy jesteście idiotami, którzy dbając o swoje interesy, nie rozglądają się wokoło, nie dostrzegają potrzeb innych.
  • Twierdzicie, że szanujecie moje wybory? Dlaczego w takim razie, kiedy czułam w sobie powołanie do życia z zakonie, wpływaliście na moją decyzję, nie słuchając moich argumentów. Uważacie się, za takich pobożnych, a robiliście wszystko by członek waszej rodziny nie służył Bogu, i wy macie czelność nazywać się dobrymi ludźmi?!
  • Twierdzicie, że dajecie mi wolną rękę, i w pełni mi ufacie. Dlaczego w takim razie kiedy zaciekle twierdziłam, że nie chcę iść na kurs prawa jazdy, wy stale na to nalegaliście. Jesteście dumni  z tego, że wam uległam? Skaczecie do góry jak kangury na myśl o tym, że podchodziłam do egzaminu 19 razy!!! Macie świadomość tego, że o mało po raz kolejny nie wpadłam w depresję!!! Nienawidzę was za to, że potraficie przejąć kontrolę nade mną, co jeszcze nigdy nie wyszło mi na dobre.
  • Zapewniacie mnie o swojej obecności. W takim razie gdzie jesteście, gdzie byliście kiedy zdobywam się na odwagę i proszę was o pomoc? Odpowiadacie mi wtedy, że czasem trzeba radzić sobie samemu, że staram się niepotrzebnie nadać zbyt dużą rangę błahostce, kiedy tak naprawdę wewnętrznie umieram. Macie później czelność zarzucać mi, że alienuje się. Przecież nie czynię tego bez powodu.
Chciałabym być dla siebie wzorem do naśladowania - dobrze czytacie nie dla innych tylko dla siebie, by udowadniać swojemu wewnętrznemu ja, że potrafię. Przecież kiedyś była fajną dziewczyną, zamkniętą w sobie, ale fajną, uroczą.  Dlaczego wam to tak bardzo przeszkadzało? Nie obojętniałam na ludzką krzywdę, wręcz przeciwnie rozwiązywałam problemy swoje i innych jednocześnie. Co więc takiego się stało, że nie potrafię cieszyć się codziennością? Każdego dnia zasypiając, proszę by się nie obudzić, a gdy rano otwieram oczy uświadamiając sobie, że jednak nadeszło jutro przeklinam swoje wieczorne marzenia. Wiem jedno - zabraliście mi moje jestestwo, wykorzystując moją naiwność, okradliście mnie ze wszystkiego co było we mnie dobre. Przez większość czasu nienawidzę was za to, bo nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie się odbudować.
Zdarza mi się jednak, wam dziękować w myślach, bo dziś dzięki doświadczeniom które mi zafundowaliście, lub jeszcze zafundujecie, tworzę mądre wpisy z których kto wie, może kiedyś powstaną felietony.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

143. #Idealneżycie Minka Kent - 1/2019

190. #Pielęgniarkiscenyzeszpitalnegożycia Christie Watson 40/2019