356. ''Nie jestem psychopatą, tylko wysoko funkcjonującym socjopatą'' - opinia na temat serialu Sherlock.

Sherlocka oglądałam w piątkowe i sobotnie wieczory. Kiedy spisuję swoje notatki i tworzy się z nich recenzja jest poniedziałek 20 kwietnia i już wiem, że kolejnego weekendu nie spędzę z chłopakami z Baker Street. Jest to dziwne, bo przecież nikt nie zabrania mi sięgnięcia po ten serial i zapętlania go sobie w nieskończoność, ale chcę za nimi trochę potęsknić. Oglądałam Sherlocka po raz drugi, a mam wrażenie jakby to było po raz pierwszy, bo odkryłam go na nowo. I jest we mnie ogromny smutek, że już chyba po raz trzeci nie zobaczę go po raz pierwszy.

Powrót do tego serialu po latach był czymś czego nie planowałam, a okazało się, że tego potrzebowałam, bo kiedy po raz pierwszy dziesięć lat temu poznałam Sherlocka, czułam zachwyt przeplatany nie tyle rozczarowaniem, ile niedosytem. Bo o ile nie miałam problemu z tym, by zakochać się w Sherlocku, którego stworzył Benedict (nie wspominając o tym, że podkochuję się w aktorze aż po dziś dzień), to nie do końca przemawiała do mnie fabuła pojedynczych odcinków. Zdarzało mi się odczuwać nudę podczas oglądania i czasami przysypiałam. Na moje usprawiedliwienie mogę jedynie dodać, że odcinki emitowane były późnym wieczorem w telewizji, a półtoragodzinny format jeszcze wtedy nie do końca mi odpowiadał (dzisiaj odcinki mogłyby trwać ponad 2 godziny i nie miałabym z tym problemu). Muszę też zaznaczyć, że nie oglądałam tego serialu chronologicznie, skacząc po sezonach i odcinkach, zadana na to, co pojawi się w telewizji, będąc przekonaną, że każdy odcinek to odrębna historia. Już podczas pierwszego spojleru, domyśliłam się, że moje założenie było błędne, ale już nie mogłam tego zmienić. Wiedziałam, że kiedyś wrócę do tego serialu, ale odkładałam to w czasie, czując się źle, z tym że nie znam postaci Sherlocka z książek. Trafiałam niestety na słabe tłumaczenia i spróbowałam obejrzeć filmy, w których twarz Holmesa otrzymał Robert Downey Jr, ale niestety po filmach nieco zraziłam się do postaci Sherlocka. I tak minęło trochę czasu, w międzyczasie łaskawszym okiem zaczęłam patrzeć na audiobooki i w końcu trafiłam na superprodukcję, w której głosem Holmesa przemawiał Borys Szyc, w końcu poczułam, że wróciłam na właściwe tory. Mimo to jakoś niespieszno było mi do tego, by obejrzeć serial. Może dlatego, że miałam Benedicta pod dostatkiem w innych produkcjach, a serial zachwycił mnie przede wszystkim jego grą? W końcu się przełamałam, i to była genialna decyzja, bo dwa pierwsze odcinki dostarczyły mi takich emocji, przyprawiły mnie o takie bicie serca, jakiego dawno nie czułam. Benedict wydał mi się seksowniejszy i przystojniejszy niż za pierwszym razem. Żadne słowa nie oddają tego, jak bardzo zachwycona jestem jego aktorstwem i pomysłem na budowanie tej postaci. Po raz pierwszy Londyn wydał mi się atrakcyjnym miejscem, zwróciłam większą uwagę na scenografię i aranżację wnętrz oraz baczniej przyglądałam się zagadkom kryminalnym. Tym razem nie przysypiałam. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie, że podczas oglądania z zachwytu nie oddycham i nie zamykam oczu, by żaden, nawet najdrobniejszy fragment mi nie umknął. Rozkoszowałam się wszystkim dookoła, cieszą się jak dziecko. Tylko czy zachwytów starczyło mi jedynie na pierwszy i drugi sezon? A może byłam na tyle nieobiektywna, że zachwycałam się wszystkim? Poniżej podzielę się emocjami, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania, a z podsumowania na pewno da się jasno wywnioskować czy byłam pragmatyczna, czy nieobiektywna.

Studium w różu to mój ulubiony odcinek. Był nim wcześniej, jest nim teraz i już chyba tak pozostanie. Mam nadzieję, że za każdym razem, kiedy wrócę do serialu, poczuję ten sam dreszczyk emocji, jaki towarzyszy mi, kiedy po raz pierwszy na ekranie pojawia się Sherlock.
Jejku jak w tym odcinku wszystko gra – od chemii między głównymi bohaterami, po ciekawą zagadkę kryminalną, której zakończenia się nie spodziewałam. Taka niepozorna sprawa, a totalnie mnie zachwyciła i sfrustrowała jednocześnie. Niezmiennie uważam, że inteligencja Sherlocka, jego zmysł obserwacji są pociągające.

Niewidomy bankier to odcinek, który nie należy do moich ulubionych, ale i tak zachwyca. Choć pozbawiony jest oryginalności, to ja się podczas oglądania dobrze bawiłam. Nawet przy takim odcinku jak ten, kiedy zagadka kryminalna nie jest aż tak satysfakcjonująca, ciężko mi napisać, że to słaby odcinek, bo zawsze znajdą się momenty, które wynagrodzą mi mankamenty.

Wielka gra. Trzeci odcinek zamykający pierwszy sezon, którego fanką nie jestem. Wszyscy zachwycają się postacią Moriartiego, a ja nie. Lubię Andrew Scotta, ale nie czuję na tyle tego bohatera, by docenić tę kreację. Dla mnie jest przerysowany. Jeżeli taki był pomysł na tego bohatera, jestem w stanie to zrozumieć, bo większość się nim zachwyca. Może niepotrzebnie się czepiam, ale dwóch socjopatów na pokładzie to o jednego za dużo.

 

Drugi sezon rozpoczął się ciekawym odcinkiem o tytule Skandal w Belgrawii, którego w takim samym stopniu nie rozumiałam, jak byłam nim zachwycona. Było coś hipnotyzującego w relacji Sherlocka z tajemniczą kobietą, ale czułam też się trochę zdezorientowana rozwojem sytuacji i chyba nie do końca nad wszystkim nadążyłam, bo kompletnie nie rozumiem zakończenia.

Demony Baskerville to odcinek bardzo działający na wyobraźnię. Wyjazd poza Londyn nieraz przyprawił mnie o dreszcze. Choć zagadka nie była aż tak satysfakcjonująca, to wynagrodzenie otrzymałam, przyglądając się relacji Sherlocka i Watsona. Mimo iż Sherlock gra niezruszonego jest w nim tyle emocji, że aż mam ochotę zakrzyczeć z radości, że przy tak minimalistycznym podejściu do ukazywania emocji, czasem można z niego czytać jak z otwartej kartki.

Drugi sezon za sprawą odcinka Upadek z Reichenbach zakończył się z przytupem. Mowa końcowa w scenie na dachu była tak przejmująca, że nie tylko Watson i Sherlock płakali. I znowu pojawił się Moriarty. Nie czuję między tymi dwiema postaciami przelotu, chemii, która spowodowałaby, że będę fanką tego duetu. I jakoś trudno mi uwierzyć w to, że Moriarty jest tak samo inteligentny, jak Sherlock. Ależ się uparłam na tę postać.

Sezon 3 otwiera tytuł Pusty karawan, drugi mój ulubiony odcinek, który bawi mnie do łez. Te wszystkie wariacje na temat śmierci Sherlocka były przekomiczne. Uwierzyłam we wszystkie. Wiem, że jest sporo osób, które ubolewa nad tym, że nie wyjaśniono, jak doszło do sfingowania jego śmierci i przez moment mnie też to trochę drażniło, ale doszłam do wniosku, że wolę kilka różnych wariantów od tych absurdalnych po humorystyczne niż jeden poważny i naciągany. Mój ukochany moment w tym odcinku to ten, w którym Sherlock całuje Molly. Jeden z najbardziej filmowych pocałunków. Benedict jest taki seksowny… Kocham też jeszcze jedną scenę, która ma miejsce pod koniec odcinka, kiedy to Holmes prosi Watsona o wybaczenie. Ten rozbrajający uśmiech Sherlocka, który jest jednocześnie niewinny i figlarny – rozumiem frustrację Johna, ale kocham mimikę Benedicta. Urodzony Sherlock. Nie dziwię się, że jest spokrewniony z Arthurem Conan Doylem. Przed przeznaczeniem nie uciekniesz.
PS. Jak miło, że rodzice Sherlocka okazali się rodzicami Cumberbatcha. Scena z nimi też jest boska.

 

Znak trzech to mój trzeci ulubiony odcinek. Ślub Watsona i Mary ma w sobie sporo uroku. Fajnie, że udało się wpleść w całe to wydarzenie zagadkę kryminalną, nawet taką, która mnie jakoś szczególnie nie powaliła. Tak szczerze to nie była dla mnie do końca zrozumiała. Lepsze to niż nic. W tym odcinku nie o to przecież chodziło. Najważniejsza była przemowa Sherlocka, który był świadkiem na ślubie i świetnie się z tej roli wywiązał. Choć jako fanka kryminałów wolałabym, aby to zagadka kryminalna była tym, co mnie zachwyci, to jednak przy okazji tego serialu lubię, kiedy to humor przoduje. A tego w tym odcinku było co niemiara. Sherlock składający serwetki, przekupujący małego chłopca zdjęciami z miejsc zbrodni, aby był spokojny na weselu. Jednak pod koniec było mi tak smutno na widok samotnego Sherlocka. 

Trzeci odcinek 3 sezonu – Ostatnia przysięga nie należy do moich ulubionych. Mam wrażenie, że jest zbyt przekombinowany. Nie wierzę w przemianę Mary. Jest jakoś tak nieopracowana ta bohaterka, niedopisana, jest takim dodatkiem do duetu, może nie tyle niepotrzebny, ile przeszkadzającym i niewiarygodnym. Mam wrażenie, że to jeden z tych odcinków, na który nie było za bardzo pomysłu, ale czymś trzeba było zakończenie tego sezonu wypełnić. Jedno co mnie zaskoczyło i to mocno, o czym dowiedziałam się dopiero teraz, a nie podczas pierwszego oglądania serialu, jest informacja, że Martin i Amanda byli parą. Nie wiem, czy z rodziną i z osobami bliskimi trudniej się gra, ale między Johnem a Mary nie wyczułam takiej chemii, jaka ma miejsce między Sherlockiem a Watsonem. Uważam, że Mary jest po prostu źle napisaną postacią. Szkoda, bo potencjał na tę bohaterkę i jej historię jest ogromny i nie został należycie wykorzystany. Jak w każdym odcinku tak i w tym znalazło się kilka ciekawych scen, momentów, które powodują, że nie mogę się długo gniewać na cały zamysł, przyjmuje wszystko z dobrodziejstwem inwentarza. Jedną z takich perełek jest scena, w której Sherlock udaje zakochanego. Nie pamiętałam zbyt dobrze tej sceny sprzed lat i byłam zdziwiona tym, jak się sprawy mają. Jak się potem okazało, po co to wszystko, pomyślałam, że trudno nadążyć za pomysłami scenarzystów i można tylko z podziwem patrzeć, jak Holmes wyprzedza wszystkich nie o jeden, a nawet dwa kroki. To, co było najlepsze w tej scenie to to, że Benedict z postacią Sherlocka może zrobić wszystko. Tak samo naturalnie i prawdziwie pokazuje zakochanie, jak i emocjonalny minimalizm. To wszystko jest tak pięknie wyważone. Panie Cumberbatch jest pan wielki. Każdy w swoim aktorskim portfolio powinien mieć rolę, która była napisana pod niego. Myślę, że taką rolą dla Benedicta jest Sherlock. Benedict należy do Sherlocka, Sherlock do Benedicta. PS. Ten odcinek dość dobitnie przypomniał mi, że Sherlock jest socjopatą. Jestem pod tak wielkim urokiem tej postaci, że stale o tym zapominam.

 

Upiorna panna młoda to bardzo ciekawy i intrygujący odcinek bonusowy, który jednocześnie kończy trzeci sezon i otwiera czwarty. Z przymrużeniem oka tytułuję ten odcinek ulizany Sherlock. Doceniam powstanie tego odcinka jako prezent dla fanów, zachwycałam się scenografią, klimatem, ale wolę Sherlocka osadzonego w XXI wieku. Sherlock z XIX wieku jest poważny, dostojny i szorstki. Muszę jednak przyznać, że Watsona bym z tego wieku przygarnęła, bo wydał mi się dużo pewniejszy i dotrzymujący kroku Sherlockowi niż ten obecny. Nasz Sherlock jest trochę frywolny, ma więcej do zaoferowania w każdej sferze niż mu się wydaje i jest taki klasycznie brytyjski, czym mnie zawsze uwodzi. Poza tym ma przecudowną grzywkę i płaszcz, który go charakteryzuje. Był i jest to bardzo fajny dodatek, w którym znalazło się miejsce na poczucie humoru, co powoduje, że akceptuję ten odcinek takim, jakim jest.

 

Sezon 4 otwiera odcinek zatytułowany Sześć razy Thatcher. Historia w nim zawarta dobitnie mi uzmysłowiła, jak ten serial czasem mnie emocjonalnie przerasta. Łączenie absurdu z prezentacją wysokiej inteligencji mnie pokonuje. Jest to też trzeci odcinek, którego fanką nie jestem. Zajął on miejsce Wielkiej gry, bo doszłam do wniosku, że watek Mary irytuje mnie bardziej niż ten z Moriartym. Fabuła niepotrzebnie leci w tym odcinku szybko. Jeden slajd goni drugi. Nie mamy nawet czasu zastanowić się nad rozwojem sytuacji. Sherlock jako James Bond, który podejmuje się ochrony nad dobrze wyszkoloną agentką, bawi mnie najbardziej. Nadal podtrzymuję, że Mary i John to para, która do siebie nie pasowała. Może sama postać nie była zbyteczna, ale można było ją lepiej poprowadzić.

Zakłamany detektyw to drugi odcinek czwartego sezonu, którego nie potrafiłam objąć rozumem. Nie jestem w stanie pojąć, jak Sherlock może przewidzieć pewne wydarzenia kilka tygodni do przodu. Jest to co prawda uargumentowane i ja to kupuję, nadal pozostając w szoku, wzruszając się na myśl, jak bardzo obaj panowie są w stanie poświęcić się dla siebie. Jeżeli chodzi o zagadkę, czwarty sezon trochę pod tym kątem kuleje. Nie twierdzę, że to źle, bo nie zawsze musi być jakaś fascynująca zagadka do rozwiązania, czasem akcent położony jest np. na relacje między bohaterami.

Ostatnie wyzwanie to ostatni odcinek czwartego sezonu i zakończenie serialu. Kiedy oglądałam go po raz pierwszy, nie byłam zadowolona, bo też nie oglądając tego serialu chronologicznie sporo sobie zaspojlerowałam. Dziś patrzę na ten odcinek inaczej i lubię napięcie, jakie wywołuje on we mnie. Jest w nim coś drażniącego, ekscytującego, zachwycającego i irytującego jednocześnie. Scena z trumną, podczas której Sherlock dzwoni do Molly poruszyła mnie do głębi. Byłaby w stanie postawić ten odcinek na równi z pierwszym, gdyby nie wątek z siostrą. Sama postać i wyzwania, przed jakimi zostali postawienie główni bohaterowie to strzał w 10. Wydaje mi się jednak, że pojawiła się zbyt późno, choć jak wiemy, była obecna dużo wcześniej. Myślę, że to był najlepszy przeciwnik dla Sherlocka i zdecydowanie zasługiwała na dłuższą obecność, bo tylko najbliższe osoby, które nas znają mogą nam zadać najdotkliwszy ból.

Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że czwarty sezon był tym najgorszym, bo w każdy z sezonów miał swoje lepsze i gorsze momenty. Jedno czego jestem pewna to w tym sezonie Benedict był najmniej sherlockowy ze wszystkich odsłon. Nie wyszedł z roli co to, to nie. Po prostu był inny, co jest zrozumiałe, bo Sherlock z 2010 różnic się od tego z 2017. Widać to chociażby po pilocie, o którym nie miałam pojęcia. Benedict ma tak chłopięcą twarz, że spokojnie mógłby zagrać młodego Sherlocka ;). I choć ten próbny odcinek nie był zły, to cieszę się, że serial przeszedł taką przemianę. Dzięki Bogu za półtora godzinne odcinki.

Czytałam, że są fani, którzy nie bardzo wierzą w słowa Sherlocka, który mówi w jednej ze scen, że Molly jest dla niego najważniejszą osobą, bo według większości takową jest Watson. Myślę, że Holmes na swój sposób kocha oboje bohaterów, ale jednak bliżej mu do Watsona, bo tak te postaci są pisane od początku. Molly uchodzi za osobę nachalną, nieco irytującą i naiwną, która, mimo iż Sherlock ją odrzuca, nadal jest w stanie zrobić dla niego wszystko. Dlaczego więc uważa ją za najważniejszą? Czy pomoc w sfingowaniu śmierci jest wystarczającym powodem? A może Sherlockowi żal jest Molly? A może to wina chemii pomiędzy Sherlockiem i Watsonem? Pisani są jakby byli w sobie zakochani, a im częściej Watson zaprzecza, tym wydźwięk ich miłości jest jeszcze mocniejszy. Twórcy serialu sobie sami zaprzeczają. Bo jednocześnie tak intensywnie piszą relację obu panów, by później co jakiś czas podkreślać, że nie łączy ich związek męsko-męski. Miłość ma wiele oblicz, przecież nie musiała nigdy ich łączyć relacja oparta na namiętności. To mogła być normalna, najzwyklejsza przyjaźń łącząca dwóch facetów, którzy są dla siebie jak bracia i bardzo się kochają. Albo trzeba było iść na całość, wyraźnie dać znać, że łączy ich wzajemna fascynacja i czują do siebie pociąg, ale oboje z różnych względów nie chcą się przed sobą do tego przyznać. W to, że nie łączy ich coś więcej bardziej uwierzyłabym Sherlockowi, który emocjonalnie się nie uzewnętrznia niż Watsonowi, który na podejrzenia o to, że może być gejem, reaguje krzykiem. Casting pod względem tego duetu jest fenomenalny, chemia, jaką mieli była idealna. Szkoda, że pomysł na ich relację, którą bądź co bądź dobrze się oglądało, był niepełny. To tak jakbyś przymierzał się do układania puzzli, wysypujesz z pudełka wszystkie elementy na stół i na końcu okazuje się, że brakuje jednego elementu. Niby nic takiego, a jednak czegoś brakuje.

Ulubione odcinki

Studium w różu

Pusty karawan

Znak trzech

Najmniej lubiane odcinki:

Skandal w Belgrawii

Ostatnia przysięga

Sześć razy Thatcher

Kiedy oglądałam ten serial po raz pierwszy, podchodziłam do niego na chłodno i było tam kilka rzeczy, które nie do końca mi pasowały. Dziś podeszłam do niego inaczej, czułam się jakbym odwiedzała starego przyjaciela za którym się stęskniłam, a on mimo naszej rozłąki, przyjął mnie z otwartymi ramionami. To spowodowało, że skupiałam się przede wszystkim na zaletach tego serialu, na wady przymykając oczy. Może za kilka lat, wracając do tego serialu będę mu się znowu baczniej przyglądając i wrócę do punktu wyjścia. Kto to wie? Jedno wiem na pewno – nigdy nie powiem, że to zły serial i że straciłam do niego serce. Mogę pewnych rzeczy z perspektywy czasu nie docenić, nie zrozumieć, na coś się pogniewać, coś mnie może nadal irytować (jak np. Irena Adler), ale moje serce zawsze będzie biło dla tego serialu, zwłaszcza dla pierwszego odcinka.
Mam nadzieję, że kiedyś powstanie kolejny sezon. Może nie jutro, nie za rok, ani za pięć lat. Może za 10 albo za 20 przy okazji jakiejś rocznicy. Benedict jako starszy pan Sherlock to byłyby strzał w 10.

Na koniec podzielę się fajnymi cytatami z serialu:

''Prawda rzadko jest cała i nigdy prosta'';

''Stres psuje każdy dzień, a śmierć tylko jeden'';

''Jedyne co pewne to śmierć, a kiedy przychodzi każdego to zaskakuje'';

''Na świecie jest pełno oczywistych rzeczy, których jakimś zbiegiem okoliczności nikt nigdy nie zauważa'';

 "Anderson, nie mów na głos. Obniżasz iloraz inteligencji całej ulicy''. 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

75. Plusy i minusy bycia w związku.

223. Kłamca 2 Jakub Ćwiek 88/2019

255. Klub Fanek W.M. Oliwia Majka Milejko 15/2020